09.06.2015

Tatry, czyli jak uratowaliśmy Rambo

Tatry 2015 - Kacper, Lucy, Małgo, Karol, Michał, Bathory, Młody
Ciągle pod górę

Tak jakoś od początku ten wyjazd szedł pod górę. Najpierw zapomniałem z domu butów. Dwadzieścia kilometrów trzeba się było cofnąć. I tak dobrze, że tak szybko się obudziłem. Potem gdzieś spory kawąłek za Łodzią zepsuł się samochód. Pękł przewód od chłodzenia. Pierwsza ekipa była już daleko. Szczęśliwie byliśmy niecałe 100 km od domu Karola rodziców. Z poklejonym przewodem udało się dojechać. Podmieniliśmy auto i ruszyliśmy dalej. Na ósmą rano byliśmy już wszyscy razem w Palenicy.
Ciśniemy? Czy nie ciśniemy?

Spacerniak do Morskiego Oka zleciał nam szybko. Tam rozgrzaliśmy się Kacprowym trunkiem i ruszyliśmy pod górę. Początek był całkiem przyjemny. Potem zaczęło być gorzej. W zasadzie to powyżej Czarnego Stawu okazało się, że przydałby się nam zimowy ekwipunek - raki i czekan. 






Jeszcze raźno pod górę

Spora część szlaku nadal była pod grubą warstwą mokrego śniegu. Do tego wszystko zalegało w chmurze. Tempo mocno spadło. Dalej kiedy kąt nachylenia rósł było tylko gorzej. Ciągle się ślizgaliśmy. W pewnym momencie przyczepił się do nas gość, któremu nadaliśmy kryptonim "Andrzej". Szedł z nami trochę ale wyraźnie odstawał kondycyjnie. W końcu usiadł na skałkach oznajmiając, że poczeka na jakąś schodzącą ekipę i zabierze się z nimi w dół. Gdzieś w okolicach Buli rozsądek przemówił w głowach dziewczyn. Postanowiły schodzić. 
Razem ze śniegiem zaczęły się schody

Walka była ciężka
Ku..a dojdziemy czy nie dojdziemy?
Co nie dojdziemy!

Takie przebłyski pogodowe były rzadkością





Męska część wiedziona ambicjami i uporem ruszyła dalej. Ostatni żleb przed łańcuchami był już mocno kryzysowy. Wyjątkowo jednak nie znoszę odpuszczać kiedy już jestem blisko i tyle mam za sobą. Chyba wszyscy mieliśmy ten sam tok rozumowania. Od łańcuchów śnieg prawie zniknął a pod wierzchołkiem i na nim samym nie było go wcale. Kiedy doszliśmy na szczyt w końcu mogliśmy się ogrzać w słońcu i przedrzemać chwilę. Ten moment zawsze wszystko wynagradza.







Przemek, dla znajomych Rambo, czyli ciągniemy przedszkole

Razem z Michałem zaczęliśmy szybki odwrót. Prawie zbiegaliśmy obok łańcuchów. Reszta została nieco z tyłu. Nagle usłyszeliśmy wołanie o pomoc. Okazało się, że "Andrzej" leży w śniegu i nie chce się ruszać. Twierdził, że jest osłabiony, nie czuję dłoni i stóp. Stoczył się kilkadziesiąt metrów po śnieżnym płacie i leżał tak od 20 minut. Bal sie ruszyć. Dziwnym trafem miał całkiem przydatny sprzęt przy sobie. Linę i pas ratunkowy. Chwilę przed naszym przybyciem, chłopak, który podszedł do niego pierwszy, zadzwonił po TOPR. Jak się potem okazało trochę na wyrost. W tym czasie reszta ekipy schodziła w naszym kierunku serwując nam kilka kamieni, które przeleciały w pobliżu naszych głów. Trafił się jeszcze prawdziwy Andrzej, któremu odpadały podeszwy, dwóch pseudo kolegów "Andrzeja", który okazał się Przemkiem, ale dla znajomych był Rambo (wtf?). I jeszcze dwójka. Spanikowanego Rambo zaczęliśmy z Michałem asekurować na linie. 
Debiut na Rysach i od razu w roli ratownika
Nasza wycieczka przedszkolna
Reszta powoli schodziła za nami. W międzyczasie zrobiło się takie mleko, że nie było widać już prawie niczego. Rambo szedł jak ofiara, do tego za dużo gadał i zaczął nas wkurzać. W końcu dostawał tylko proste komendy: idź, siadaj, zakotwicz. Do naszej ekipy dołączyło jeszcze kilka schodzących osób. Zrobił się ładny sznureczek. W końcu to przydługie schodzenie nabrało tempa. na kilkadziesiąt minut przed Czarnym Stawem spotykamy ratowników. Odebrali Rambo i w końcu mogliśmy normalnym tempem schodzić w dół. Przy Morskim Oku jeszcze raz trafiamy na bohatera dnia. Okazało się, że już na schodach pod Czarnym Stawem wyrżnął orła i jego niezbyt ogarnięty łeb uratował kask, który dostał od toprowców. 






Ale i tak był gwiazdą, udzielił nawet wywiadu niemieckiej telewizji, która kręciła materiał pod Mokiem. W Moku siedział Dawid... teraz kiedy się dowiedział, że schodzimy do Roztoki gdzie czekają Małgo i Lucy, postanowił strzelić focha i pobieżył w japonkach i z butami w ręku przed siebie. Nie chciał z nami negocjować a my mieliśmy na dzisiaj dosyć przedszkola. W Roztoce mogliśmy w  końcu odsapnąć po nieco przydługim zdobywaniu Rysów i bonusowych atrakcjach na zejściu. Kiedy byłem na Rysach we wrześniu całość zajęła mi połowę tego czasu co teraz.

Wielki Kopieniec, czyli zmiana planów 

W założeniu po Rysach mieliśmy nocować w Piątce i na drugi dzień atakować Orlą Perć. Chyba jednak nikt z nas nie miałby na to siły. Poza tym, tam bez raków mogłoby być naprawdę ciężko. Podjechaliśmy więc pod Jaszczurówkę aby zrobić szlak typowo spacerowy, ale jeden z moich ulubionych. Najpierw weszliśmy na Wielki Kopieniec. Stąd rozciąga się fantastyczna panorama na Tatry i Zakopane. 





To chyba jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach. Na zejściu i krzyżówce szlaków przyszedł czas się rozdzielić. Ekipa Młodego zeszła do samochodu i ruszyła w drogę powrotną na północ. My odbiliśmy w kierunku Waksmundzkiej Polany. Tego dnia pogoda była rewelacyjna. Żadnych chmur. Nawet trochę za ciepło. Z lżejszymi plecakami szło się jednak bardzo przyjemnie. Dzięki Lucy odbiliśmy jeszcze na Gęsią Szyję a potem zeszliśmy do Palenicy zabrać auto. 





Wielki Kopieniec cz. 2, czyli noc pod gwiazdami

Wróciliśmy do Cyrhli, zaopatrzyliśmy się odpowiednio i ponownie zaczęliśmy podejście pod Wielki Kopieniec. Tym razem od drugiej strony. Dzięki temu stał się on najczęściej zdobywanym przeze mnie szczytem. Cztery razy w ciągu dwóch wyjazdów. Mieliśmy idealną pogodę, bezchmurną i bezwietrzną. Noc spędziliśmy na szczycie. Nikt nie obudził mnie niestety na wschód słońca, chociaż nie powiem, żeby chciało mi się podnosić głowę. Każdy ruch burzył z trudem wypracowaną pozycję, w której skała nie wbijała się w ciało. 


Tysiąc ton pozytywnej energii

To był zupełnie inny wyjazd w góry niż ten we wrześniu. Zupełnie inna atmosfera, całkowicie odmienny stan umysłu. Tym razem naładowałem baterię na maksa, tak jak to powinno być. To też w dużej mierze zasługa świetnej ekipy (z jednym wyjątkiem). Może to dopiero początek naszych górskich podbojów w tym składzie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz