14.04.2017

Santiago De Chile


Sporo czasu przyszło mi spędzić w stolicy Chile. To był mój punkt bazowy, z którego ruszałem poznawać inne regiony kraju, i do którego wracałem po tych drobnych wyskokach. W pierwszych dniach miałem jednak problem z polubieniem tego miasta...





Kiedy opuszczałem Polskę było jakieś -5 stopni C. Kiedy wyszedłem z klimatyzowanego lotniska w Santiago uderzyła we mnie fala ciepła. Był środek lata i ciepło to nie zamierzało nas opuścić przez cały mój pobyt. Prawie 40 stopni w dzień, istna patelnia, praktycznie bez wiatru i chmur. Ciężko było się z tym oswoić, każdy ruch - nawet leżenie - powodowało, że człowiek zalewał się potem. 










Nocą temperatura spadała do 25 stopni. Pamiętam, że którejś nocy obudziłem się bliżej poranka, bo poczułem że trzeba się czymś okryć... Wtedy mogło być tylko 20 stopni... 






Cóż, taka temperatura nie zachęcała do nadmiernej aktywności. Ograniczaliśmy ją więc do wieczornych wypadów do baru i kilku spacerów służących pobieżnemu poznaniu stolicy. Z czasem Santiago wydało mi się wbrew wszystkiemu całkiem przyjazne. Wielkie, ale przy tym dobrze skomunikowane, a też tej masy ludzi, która tu mieszka i pracuje, nie udało mi się odczuć jakoś negatywnie. Miało też kilka miejsc, które pozwalały spojrzeć na zabetonowany świat z nieco bliższej naturze strony. Wzgórza San Cristobal i Santa Lucia, choć położone w środku miasta, pozwalały na chwilę od niego odetchnąć.








Stolica jako największe miasto kraju jest multikulti i widać to na każdym kroku. Szczególnie Bellavista, Brasil czy centrum. Tyle knajp z sushi chyba nawet w Japonii nie mają. No i te góry potężne, przebijające na horyzoncie - rzadki ale rewelacyjny widok. Ale w gruncie rzeczy miasto to miasto. Najbardziej mnie ciągnęło, żeby zobaczyć co jest poza nim.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza