17.12.2017

Potyczki z Trygławem


Gdyby tego wieczoru ktoś wyjrzał przez drzwi małej górskiej chatki, zobaczyłby cztery rozbłyski światła błądzące w odległości jakichś 200 metrów od niego. Usłyszałby niespokojne głosy, prawdopodobnie w obcym dla siebie języku. Może się kłócili, spierali o coś. Pewnie by do nich wyszedł albo zawołał. Tak się robi w górach, szczególnie po zmroku. Ale tego wieczoru mała górska chatka była pusta.

- Kurde no to musi gdzieś tu być. Mapa mówi, że jesteśmy tuż obok - odezwał się głos w ciemności.
- Stary jest ciemno - odparł inny - jak chcesz to idź tam, w ten śnieg i krzaki i szukaj. Ale uważam, że powinniśmy wrócić na dół. 
- Zwłaszcza jak słyszę te dźwięki spadających kamieni to wiem, że nie zamierzam tu siedzieć całą noc - dodał trzeci. Czwarty założył plecak i odwrócił się w kierunku drogi powrotnej.

To prawda, że co jakiś czas dobiegał ich uszu odgłos spadających z potężnej - niemal pionowej - ściany kamieni. Szanse jednak na to, że któryś doleciałby do tego miejsca były nikłe, prawie zerowe. Ale w górach nic nie jest niemożliwe. W ciemnościach rozświetlanych jedynie czołówkami zeszli na dół by rozbić obóz.

  
Ranek był chłodny. Na drewnianych barierkach wietrzyły się maty i śpiwory. Z dołu od strony cywilizacji nadjechał samochód.
- Spaliście tutaj? - naszywka na rękawie ewidentnie wskazywała strażnika parku.
- Nie skądże. Niżej we wsi spaliśmy.
Strażnik wymownie spojrzał na rozwieszony majdan potem jego wzrok wrócił na rozmówców.
- Tu nie wolno spać. Zakaz jest.
- Zeszliśmy już po ciemku, zmęczeni, nie znaleźliśmy chatki. Nie dało się inaczej - złapanie na kłamstwie zawsze wbija gdzieś w środku igiełkę wstydu. No ale było już za późno. Strażnik jednak przymknął oko, pewnie pomyślał - no tak Polacy, oni inaczej nie mogą.




Było pochmurnie i rześko. Cel wyprawy pozostawał kompletnie niewidoczny. Dopiero później przewiało chmury znad przełęczy i odsłoniło się piękne niebieskie niebo. Słońce też się wreszcie obudziło i zaczęło przyjemnie grzać. Z północnej ściany trygławskiego olbrzyma co rusz osypywał się śnieg zabierając ze sobą luźne kamienie. Ścieżka wiodła na szczęście w bezpiecznej odległości, przynajmniej na razie.


W końcu dotarli w pobliże miejsca, z którego zawrócili poprzedniego wieczora. Nadal nie mogli jednak dostrzec chatki.
- Pójdę zobaczyć tam za tym laskiem, przecież to musi gdzieś tu być.
I faktycznie było. Niemal w prostej linii, jakieś 200-300 merów od ścieżki, zasłonięta przez skarłowaciały lasek. W nocy nie sposób było jej dojrzeć. Zresztą z tego miejsca za dnia również.


Wykorzystali chwilę na odpoczynek. Zrobiło się już całkiem ciepło, więc popas w słońcu był przyjemną odmianą po ponad 20 godzinnej podróży z bałtyckiego wybrzeża i chłodzie poranka w dolinie. Chata pod Luknją od tego momentu zaczęła pełnić funkcję bazy wypadowej. Do dyspozycji mieli tylko niskie poddasze bez okien, z małymi drzwiczkami, przez które trzeba było wchodzić zgiętym w pół. Ale to w zupełności wystarczało. Zostawili w niej zbędny sprzęt i nieco odciążeni ruszyli ku przełęczy.















Szlak wszedł na śnieżną połać i podejście stało się bardziej strome. W końcu musieli sięgnąć po raki. To ułatwiło marsz. Na przełęczy śniegu już nie było. Był za to strażnik, totemiczny kozioł, niby nic nie chciał, nie groził, opłat nie pobierał, nawet przekleństwem nie rzucił. Tylko patrzył nieco podejrzliwie z bezpiecznej odległości. Droga w tym miejscu rozchodziła się na cztery strony. Wybrali najgorszą. Tę, która prowadziła na Trygława. Zaraz za przełęczą ostro, niemal pionowo, weszła w skałę. Po chwili musieli sięgnąć po inny sprzęt: uprzęże i lonże. Trygław zaatakował nieśmiało - via ferratą. Nawet nie jakoś przesadnie trudną, ale wystarczającą by odstraszyć połowę ekipy. Ekspozycja zrobiła swoje. Dwójka poszła dalej. Bardziej z ciekawości i chęci spróbowania, bo wiadomym było, że na dłuższą akcję tego dnia nie starczy im czasu.











Spotkali się pod wieczór w białej chatce. Mróz zaczął ścinać powietrze, ogrzewali się więc herbatą i orzechową nalewką. Nie wiadomo czemu w nocy wszyscy mieli wrażenie, że coś po nich chodzi. Noc w górach była przecicha.



Rankiem ruszyli raźno tą samą drogą w stronę przełęczy. Znowu pogoda im dopisywała. Tym razem na przełęczy nie spotkali totemicznego kozła. Nie wzięli tego do siebie, choć może powinni byli dostrzec w tym zły omen. Nie dostrzegli, ruszyli w górę. Teraz cala czwórka doszła nieco wyżej. Jednak w końcu pojawiło się zwątpienie.
- Dobra nam już wystarczy.
- Tak, my już sobie wrócimy, robi się zbyt poważnie.
Pozostała dwójką, która poprzedniego dnia walczyła dłużej, wymieniła się spojrzeniami.
- Jak ty idziesz to ja też.
- Od dzisiaj też zostajesz bezmózgim yeti. - ogłosił jeden z wycofujących się, pomysłodawca tego zaszczytnego tytułu wymyślonego rok wcześniej.






Poszli więc, dwóch na dół, dwóch do góry. Na górze robiło się coraz ciekawiej. Zaskakujące było to, że łańcuchy umieszczono niekiedy w miejscach, w których spokojnie można było się bez nich obyć. Brakowało ich natomiast tam, gdzie obaj czuliby się z nimi zdecydowanie lepiej. Z pewnością nie można było zarzucić im grzechu doświadczenia w warunkach zimowych. Może zimy jako takiej na początku maja już nie było, jednak śnieg zalegał jeszcze w wielu miejscach. Dlatego kilkunastometrowy śnieżny płat w sporym nachyleniu przechodzili tak asekuracyjnie jak tylko mogli. A i tak coś im mówiło, że przeginają. 


Po jakimś czasie doszli do miejsca, z którego roztaczał się fantastyczny widok w trzy strony świata Julijskich Alp. Z czwartej za to była skalna półka, niemal przewieszka. Długo zastanawiali się jak ją przejść, bo ewidentnie tamtędy prowadził szlak. Słyszeli opowieści, że jest to najtrudniejszy wariant podejścia na Trygława - z tych ogólnodostępnych - jednak nikt nie wspominał o wybitnych trudnościach. Prawdopodobnie tu też nie było żadnych specjalnych trudności, ale coś im w głowie zaświtało, jakieś echo się odezwało i postanowili wracać. Może przypomnieli sobie, że dziś nie spotkali totemicznego kozła?
Zejście zaskoczyło ich w kilku miejscach, w stromej i ciasnej rynnie pozbawionej łańcuchów i ponownie na płacie śniegu. Ogarniał ich nieznośny niepokój kiedy po raz drugi pokonywali ten fragment. 


Na przełęczy stwierdzili, że jednak trochę za wcześnie aby schodzić do chatki. Ruszyli więc szlakiem na północ, pod górę. Szlak ten prowadził na Pihavec. Kiedy wyszli dobre 200 metrów ponad przełęcz i spojrzeli w stronę Trygława, zrozumieli jak daleko byli od szczytu i jak niemożliwym było zdobycie go tego dnia, biorąc pod uwagę czas i fakt, że cały szczyt pokryty był śniegiem. Odpoczęli na bezimiennym wzniesieniu i postanowili schodzić. 
W drodze do przełęczy spotkali totemicznego kozła. To chyba był dobry znak, może pojawił się na ich drodze, aby pochwalić podjętą decyzję? Trygław przecież jeszcze trochę tu postoi. Mogą jeszcze wrócić, lepiej przygotowani. On poczeka.



W chatce spotkali swoich towarzyszy. Zdecydowanie potrzebowali się posilić. A potem znowu rozgrzewali wieczorny chłód gorącą herbatą i pigwowym wywarem. Jak to często bywa w górach. A w nocy... W nocy wszystkim się wydawało, że coś po nich chodzi. Nie opuszczała ich nieznośna potrzeba drapania się.
Rankiem góry zrobiły się białe. Kiedy ruszali w dół biały puch opadał na ich twarze i ramiona. A oni szli, pokonani, ale pewni tego, że to nie koniec.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza