12.08.2019

Nordkappowi mówimy nie


Ten blog zaczął się od mojej pierwszej norweskiej przygody i z perspektywy kilku lat prowadzenia go i bujania się po świecie bliższym i dalszym, stwierdzam, że to nie był przypadek. Już wtedy wiedziałem, że będę chciał tam wrócić. Kilka lat później zawitałem więc tam ponownie. I wiecie co? Znowu poczułem, że to nie jest ostatni raz. Więc wróciłem.


Jedno co wiedziałem, kiedy przez myśl przechodziła mi czasem opcja powrotu do Norwegii, to, że następnym razem chcę tam wrócić na motocyklu. Bo to jest kraj do takiego podróżowania stworzony (do każdego innego też). Tysiące kilometrów krętych dróg prowadzących przez absolutnie fantastyczne krajobrazy, możliwość spania na dziko, bardzo dobra infrastruktura drogowa (naprawdę rzadko zdarza się, aby trzeba było biec w krzaki) czy zwolnienie motocykli z większości opłat drogowych (w tym kraju sporo dróg i tuneli jest płatnych). Trzeba tylko trafić na dobrą pogodę, bo ta potrafi dać w kość. 

Miałem jednak pewne obawy przed tym wyjazdem. Czy faktycznie Norwegia będzie w stanie zachwycić mnie kolejny raz? Może trzy tygodnie to jednak za dużo i te widoki mi się przejedzą, zwłaszcza, że co nieco przecież już widziałem. Głupie to było myślenie, kompletnie niedoceniające potencjału tego kraju, a właściwie jego natury. Bo nawet po dwóch tygodniach jeżdżenia w niemal ciągłym zachwycie, Norwegia potrafi przywalić nagle takim widokiem, że człowiek staje jak wmurowany ze szczęką luźno zwisającą spod kasku w niemym zachwycie. Bałem się, że nie będzie już efektu "wow" ale on nie zamierzał znikać. 

A żeby nie ograniczać się tylko do tego co widziane z siodła motocykla postanowiliśmy też odbyć kilka górskich trekkingów i spojrzeć na to wszystko z nieco innej perspektywy (takie trochę MotoGóry nam wyszły). To tylko spotęgowało ogólne wrażenia, dając do zrozumienia, że nie ma opcji aby trzecia wizyta tutaj była ostatnią.

Norwegia rozpieściła nas pogodą, aż do przesady. W życiu nie spodziewałem się, że będą mnie przez kilka dni męczyły ponad trzydziestostopniowe temperatury. Że tak dadzą mi popalić w górach, że ledwo stoczę się do namiotu. Albo, że jadąc motocyklem ponad 80 km/h pęd rozgrzanego powietrza będzie powodował spływanie potu po całym ciele. A jednak. Dla drobnej równowagi, kiedy przejeżdżaliśmy przez góry Dovre temperatura spadła do blisko 10 stopni, niebo spowijały czarne chmury, a wiatr chciał nas zdmuchnąć z motocykli. Albo gdy jadąc przez płaskowyż Hardangervidda mgła kompletnie odcięła nas od widoków, temperatura sięgnęła 8 stopni, a deszcz dokończył dzieła zbliżając nas do stanu hipotermii. Ale przy trzech tygodniach zacnej pogody te dwa dni stanowiły swoistą ciekawostkę, pokazując jednocześnie surowe i groźne oblicze aury na północy.

Przejechaliśmy 4500 km przez 20 dni. Bez pośpiechu. Odpuściliśmy ślepe gonienie na mityczny Nordkapp, który sprawiłby, że większość wyjazdu gnalibyśmy od rana do wieczora, kładąc się spać wykończeni i pozbawieni szansy złapania oddechu i wypoczęcia. Zamiast tego skupiliśmy się na przepięknych drogach, czasem mniej uczęszczanych, ale zjawiskowych widokowo, na górskich szlakach, na kąpielach w jeziorach, rzekach fordach, kiedy tylko mieliśmy na to ochotę. Wyluzowaliśmy i chyba tego było mi potrzeba. Nie musieliśmy przecież nigdzie dotrzeć, poza dotarciem do domu na koniec. A to dopiero dawało możliwości.  Przy czym i tak zdarzyły się dni, kiedy kończyliśmy jazdę po zachodzie słońca (w tym wypadku nie oznaczało to jednak ciemności).

Wróciliśmy, a żaden ze sprzętów nie zawiódł. Warto było poświęcić trochę czasu na ich ogarnięcie, żeby jechać na spokojnie do jednego z najdroższych krajów na świecie. I gdybyście mieli się tam wybierać przemyślcie to dobrze, policzcie, sprawdźcie i przygotujcie sprzęt, weźcie zapasy jedzenia i jeździjcie zgodnie z przepisami (mandat zawsze można zamienić na odsiadkę). Całą resztą będziecie zachwyceni.


1 komentarz: