31.12.2011

Marzenia o Północy czyli Norwegia na stopa


Widok z pola namiotowego w Oddzie na Sandvevatnet
Nie jestem w stanie sobie przypomnieć kiedy zrodziło się we mnie pragnienie postawienia swych stóp na norweskiej ziemi. Nie przesadzając było to grubo ponad 10 lat temu. Przyczyn fascynacji północnymi krajobrazami znalazłoby się kilka. Począwszy od zdjęć pocztówkowych, kalendarzowych, programów przyrodniczych i krajoznawczych poprzez muzykę z tego kraju na nordyckich legendach (Edda) kończąc. Niemniej jednak kiedy z kolejnymi latami potrzeba ta we mnie dojrzewała powoli stawało się jasne, że Norwegia najbardziej przyciąga mnie swoją przyrodą, jej surowością i przestrzenią. W końcu nadszedł czas kiedy marzenie o Norwegii mogło się ziścić.
Plaża w Olberg
W dobie tanich linii lotniczych najlepszą opcją dostania się do krainy fiordów był lot samolotem (co było powodem zaniechania pierwotnego planu o podboju Norwegii rowerami). Zarezerwowane z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem bilety kosztowały naszą dwójkę nieco ponad 400 pln razem z bagażami. Samolot odlatywał z Gdańska 6 sierpnia dzień po moich urodzinach. Nie mogę pominąć tak znamienitego wydarzenia jakim był pierwszy w życiu lot samolotem. Nie wiem może to jest reakcja na podświadomy strach a może zwyczajnie nie przeraża mnie latanie. Dość powiedzieć, że start, lot i lądowanie całkiem mnie ubawiło, szczególnie start, to naprawdę znakomite uczucie, kiedy najpierw przyśpieszenie wbija cię w fotel a potem po oderwaniu od ziemi ciśnienie wypycha twoje bębenki na zewnątrz. Jedyny mankament to cholernie mało miejsca na nogi co przy moim wzroście jest przykrą dolegliwością. Na szczęście lot to tylko 1,5h.
W tle Lysefjord
Na lotnisku w Stavanger wylądowaliśmy około 20. Korzystając z trochę niezręcznych ale zawsze to jakichś znajomości, zapewniliśmy sobie odbiór z lotniska i transport na pole namiotowe (wybrane przez naszego odbiorcę) w Olberg. To już na wejściu zaburzyło moją koncepcje o noclegach za darmo. Wszak obowiązujące w Norwegii prawo do korzystania z natury (Allemannsretten) pozwala na rozbijanie namiotu na każdym wolnym skrawku ziemi o ile nie jest to teren prywatny i znajdujemy się więcej niż 100m od najbliższych zabudowań. Szybko się zorientowaliśmy skąd to prawo. Znaleźć na południu Norwegii kawałek ziemi, który nie będzie polem uprawnym, terenem zagrodzonym czy pionową ścianą przy drodze wznoszącą się na wysokość kilkudziesięciu metrów to nie lada wyzwanie. Nocleg na polu w Olbergu kosztował nas niemało bo około 50 pln jak mnie pamięć nie myli i jest to średnia cena za pole namiotowe w tym kraju. Za to samo miejsce było całkiem przyjemne, ciche, niemal nad samym brzegiem Morza Północnego. Wieczór żegnał nas zacnym zachodem słońca.
W drodze na Preikestolen
Mając na uwadze przebyty poprzedniego dnia samochodem dystans jaki dzielił naszą pozycję od głównej drogi biegnącej w stronę Sandnes wstaliśmy o 5 rano witani promieniami wschodzącego słońca. Jakże złudne było to przywitanie. Ledwie ruszyliśmy niebo pokryły chmury, nie minęło 40 minut zaczęło mżyć. Mżawka przerodziła się w deszcz raz mniej raz bardziej intensywny. A tymczasem łapanie stopa okazało się nie lada wyzwaniem. Raz, że droga praktycznie pusta a dwa, że jak raz kiedyś coś przejedzie to sprawia wrażenie jakby cię nie dostrzegało. Kiedy w końcu zapala się mała iskierka nadziei i zatrzymuje się młoda kobieta, wydaje się zdziwiona tym, że szukamy podwózki.
Lysefjord
W swym miłosierdziu poinformowała nas, że za jakiś kilometr będzie przystanek autobusowy. Fakt, że nie miała miejsc siedzących ją usprawiedliwił w naszych oczach. Kiedy doszliśmy na przystanek podjechał facet oplem omegą i zapytał czy to nie my szukamy podwózki. Nasze zdumienie zaprawdę było niemałe. Jak się okazało tamta miła kobieta zadzwoniła do niego a on z racji tego, że jechał w tę stronę postanowił nam pomóc. Dziwne i niespotykane.Podwiózł nas do Sandnes, zaprowadził do IT i powiedział co i jak, wzmiankując o tym, że zmierzając tam gdzie zmierzamy najlepiej byłoby się cofnąć do Stavanger i wsiąść na prom. Nie chciałem mu tłumaczyć, że ta opcja nie wchodzi w grę.
Preikestolen to miejsce z pocztówek więc ludzi ciągnie tam sporo
Nie polecam nie mieć mapy drogowej. My korzystaliśmy z takiej umieszczonej w przewodniku Pascala, z której wynikało, że w Norwegii jest zaledwie kilka przecinających się kluczowych dróg. Głupcy!! Właśnie próbując wydostać się z pogrążonego w niedzielnym, deszczowym śnie miasteczka uświadomiliśmy sobie, że to nie jest tak łatwo i prosto jak na naszej pseudo-mapie.
Nie jest to najlepszy kadr ale ta ściana opada pionowo 600 m
W końcu jednak wydostaliśmy się na drogę biegnącą we właściwym kierunku. Tymczasem rozpadało się na poważnie i wyglądaliśmy jak po wyjściu spod prysznica - tyle, że w ubraniach. Zlitowała się nad nami w końcu samotnie jadąca Norweżka i zabrała mokre kurczaki z pobocza. Niezwykle sympatyczna kobieta, z którą pogadaliśmy zarówno o podróżowaniu jak i niedawnych zamachach Breivika, przewiozła nas przez prom w Larvik (płacąc za nas!!- tłumaczyła to tym, że zapłaci kartą i wyjdzie taniej) i podrzuciła pod samą ścieżkę prowadzącą na Preikestolen (nadrabiając 7km w każdą stronę w stosunku do swojego celu). Swoją drogą gdyby nie ona pewnie ominęlibyśmy to dosyć kluczowe miejsce (odradzam przewodnik Pascala chyba, że wybieracie się zwiedzać miasta).
Lysefjord
Kiedy odjechała Asix zakomunikowała mi, że jest cała przemarznięta i przemoczona, i że już dzisiaj nie ma siły nigdzie iść. No to począłem szukać miejsca na nocleg. I tu wracamy do tego co pisałem. Tym razem było dużo nieogrodzonej przestrzeni ale wszystko było tak podmokłe, że można było się zapaść po łydki. W końcu po prawie dwóch godzinach przestoju i posileniu się zdecydowaliśmy ruszać na Preikestolen. To według mapy około 3km w linii prostej a sama skała piętrzy się na wysokości bezwzględnej 604m. Wszystko ładnie, pięknie ale kiedy doda się do tego popadujący deszcz, śliskie skały i ponad 10kg plecaki z całym dobytkiem, poziom trudności zaczyna drastycznie wzrastać.
Widok na zatokę wokół Stavanger
Pomijając jednak tak drobne niedogodności trzeba oddać, że droga na skałę jest zaprawdę malownicza. Najpierw idzie bokiem wzgórza, między drzewami, potem wspina się wąwozami, w końcu wychodzi na rozległe plateau , na którym w słońcu połyskują jeziorka Neverdalskaret. Dalej wije się krawędzią urwiska, przykuwając uwagę najpierw uśpionym w dole jeziorkiem a potem, za zakrętem, rozciągającym się w oddali Lysefjordem. Kiedy w końcu docieramy na Preikestolen wszystkie trudy zostają wynagrodzone. Potężna pionowa skała a w dole piękna błękitna tafla Lysefjordu. To bardzo popularne miejsce turystyczne o czym świadczyła spora grupa ludzi, którzy też wpadli na pomysł aby ten przyjemny deszczowy dzień umilić sobie takim widokiem.

Cała droga w górę miała jeden przytłaczający mankament. Otóż cały czas rozglądałem się za jakimś miejscem na nocleg. Tymczasem wszędzie były torfowiska, na których rozbicie namiotu byłoby o tyle głupie co po prostu niewykonalne. Szczęśliwie mój nos tropiciela w końcu znalazł mały, ustronny spłachetek ziemi z kapitalnym widokiem na leżące u podnóża jezioro Refsvatnet oraz migoczące w oddali wody zatoki wokół Stavanger. Był tylko jeden problem. Asix już miała wczesne objawy hipotermii a my nie mieliśmy kartusza gazowego do palnika (bo do samolotu nie można). Jakimś cudem i to za pomocą krzesiwa udało mi się po godzinnej walce z mokrym drewnem rozpalić ognisko i zrobić prowizoryczny ale ciepły obiad. Noc była wietrzna, zimna i mokra.
Rzeka Sudal
 Wstaliśmy z bólem około 10, przywitało nas słońce dzięki czemu nieco wyschliśmy. Ruszyliśmy w dół, oprócz zejścia do drogi, czekało nas zejście ową drogą do głównej drogi co stanowiło jakieś 7km. Na głównej drodze po 200m pojawił się tunel. Pierwsze spotkanie z tunelem wprowadziło pewną konsternacje. I co teraz? Iść czy czekać? Ale czy można łazić przez tunel? Z pewnością najbezpieczniejsze to nie jest bo w tunelu nie ma gdzie uciekać. Czekamy więc przed tunelem i łapiemy okazję. Małomówny starszy człowiek zabiera nas dwoje na jednym wolnym siedzeniu i w ciszy dojeżdżamy do Joplandu. Tu czeka nas kolejne zaskoczenie.
Całkiem przyjemna lokacja domostwa
Nasz wspaniały przewodnik pokazuje miejscowość Strand. Spodziewamy się więc jakiegoś niedużego miasta. Tymczasem jest to Strand Community, czyli rozciągający się wzdłuż drogi ciąg zabudowań, tak jakby pojedynczych dzielnic, czy wiosek, ale ciągnących się nieprzerwanie przez kilkanaście kilometrów. Druga niemiła niespodzianka to brak w sklepach kartuszy do mojego palnika. Cóż wkręcany gwint widać jest mało popularny.
Resztki starego młyna czy domki letniskowe Hobbitów?
Idziemy sobie przez te zabudowania i w końcu zabiera nas młody chłopak. Niestety nie jedzie daleko. Mówi nam, że Norwegia to nie najlepszy kraj na autostopowanie. No tak ale co my mamy z tym zrobić? Wychodzimy w końcu z tych ciągnących się zabudowań i ruszamy dziarsko przed siebie. Droga zaczyna być bardzo malownicza, z jednej strony pionowa skalna ściana, z drugiej jezioro. Do tego pełno zakrętów więc marsz poboczem jest trochę ryzykowny. Po 3 godzinach marszu zabiera nas starsza kobieta z wnuczką, podwozi jednak zaledwie około 2km.
Wodospad - jeden z wielu... bardzo wielu
Tu jednak sprzyja nam szczęście bo dosłownie po chwili łapiemy okazję. Tym razem Norweg w średnim wieku. Bardzo sympatyczny i rozmowny człowiek. Jak się dowiedziałem jest myśliwym. Coś też wspomniał o planie wypadu do Polski na polowanie. Ponadto pogaworzyliśmy o wojsku. Zasadniczą służbę pełnił na północnych rubieżach swojego kraju. Co ciekawe przyznał, że Norwedzy nie są przyzwyczajeni do stopowiczów jednak on sam zawsze zabiera jak ma okazje bo jak twierdził są to najczęściej ciekawi ludzie.
Droga u stóp Latefossu
Po drodze krajobrazy jak z bajki. Niestety po 30km musieliśmy się rozstać bo skręcał w jedną z bocznych ścieżek. Jednak szczęście tego dnia się kumulowało. Po 10 minutach zatrzymuje się starsza pani w mercedesie. Kolejna niezwykle sympatyczna osoba w bardzo dobrym humorze. Podwozi nas do promu w Hjelmeland. Za prom płacimy coś około 50 naszych złotówek za dwie głowy. Idąc za radą myśliwego-norwega już na promie wypytujemy o możliwość transportu. Instynkt miałem dobry.
A oto i on, przynajmniej jego część - Latefoss
Dwójka angielskich turystów w starym transporterze przyjmuje nas całkiem chętnie. Podróż mija w przyjemnej atmosferze. Nasze szczęście, że nas zabrali bo jak się okazało na drodze był objazd, który prowadził przez takie górskie serpentyny, nad takimi kanionami, jakich w życiu nie widziałem. Majestat. Docieramy na przedmieścia Sand. Jest pole namiotowe. Najtańsze na naszej drodze - 25 zł. Tego dnia przejechaliśmy chyba ponad 100 km a więc pełen sukces. Niestety ktoś mi zwinął ręcznik, który zostawiłem z premedytacją w umywalni aby wysechł.
A to jego kolega, 50m dalej po drugiej stronie
Dzień czwarty przywitaliśmy o 8. Szybko po wyjściu na drogę łapiemy sympatyczne starsze małżeństwo, które wybrało się na zbieranie jagód. Około 20km jazdy i dalej ruszamy piechotą. Cały czas towarzyszy nam rzeka Sudal. Widoki niesamowite. Natomiast ruch mały i chętnych do zabrania styranych dusz brakuje. I tak ponad 2h. W końcu na naszej trasie kolejny tunel. Stajemy więc bo co robić. Na nasze szczęście po jakimś czasie zatrzymuje się młoda niemiecka parka (a jak do tej pory Niemcy wydawali się najmniej przychylni, w ogóle nie odwracając głów w naszą stronę).
Przystań w Oddzie
Jak się okazało tunel miał chyba ze dwa kilometry a co więcej był jednym z kilkunastu na tej drodze. Po kilku ustaleniach doszliśmy do tego, że mamy ten sam cel trasy - miasto Odda. Po drodze fantastyczne wodospady z majestatycznym Latefoss.
Sandvevatnet i przedmurze Hardangerviddy po lewej
W Oddzie pojawiamy się po 14. To bardzo sympatyczne małe miasteczko położone w dolinie pomiędzy jeziorem Sandvevatnet a Hardangerfjordem. Mały rekonesans i na stacji benzynowej w końcu udaje się kupić kartusz. Koniec życia na suchym prowiancie!! Podbudowani tym faktem gotujemy obiad na ławce nad samym Hardangerfjordem. Musimy się cofnąć nieco aby dotrzeć na kemping (znowu :/). Cena 60 pln w ramach wynagrodzenia piękny widok na jezioro. Odpoczywamy.
Rzeka Buer, prosto z lodowca, zimna jak diabli
Całą noc padało i wiało a jednak dzień wita nas słońcem. Śniadanie i ruszamy. Plan na przedpołudnie - lodowiec Buer. Droga do lodowca biegnie urokliwą doliną rzeki Buer, spływającej prosto z wspomnianego lodowca, przeraźliwie zimnej i przeraźliwie czystej. Im dalej tym droga trudniejsza. Na szczęście plecaki zostały w namiocie więc nawet pomimo trudności ten marsz to czysta przyjemność. Trudniejsze odcinki dla ułatwienia zaopatrzono w liny i łańcuchy. Dokoła pełno wodospadów.
Buersdalen
W końcu - po 3h - stajemy przed nim. Buerglacier, ząb Folgefonny, czyli trzeciego co do wielkości lodowca Norwegii. Niestety nie da się go dotknąć, gdyż między nami a nim płynie rzeka. Jednak czuć potęgę tego chłodu tak kontrastującą z przygrzewającym słońcem. Siedzimy i kontemplujemy.
Robota trolli
Powrót do Oddy, obiad i zwijanie obozu. Jeszcze dzisiaj chcemy dotrzeć do Tyssedal aby jutro zaatakować Troltulngę. Wyruszamy o 18, zanim przejdziemy całą Oddę jest już prawie 20. Zaraz za Oddą czai się mrok kolejnego tunelu. Czekamy, jednak nie za długo. Młoda sympatyczna Norweżka zabiera nas do Tyssedal. Po drodze wyjaśnia, że z Tyssedal trzeba jeszcze podejść ok 7km do góry do Skjeggedal i tam dopiero zaczyna się szlak na Trolltungę. No to idziemy. Ściemnia się a droga wije się uporczywie, krajobraz przytłaczający, ciemno, ponuro, gołe skały a my idziemy coraz wyżej. Gdzieś tam w dole wśród skał i drzew szumi rzeka.
Lodowiec Buer - ząb Folgefonny
Styrani docieramy wreszcie do Skjeggedal. Malutka osada położona nad sztucznym zbiornikiem wodnym. W oddali potężna tama. Dokoła skalne masywy. Z jednej strony wspina się na nie kolejka i coś co przypomina wielką zieloną rurę. Rozbijamy się na skrawku trawy na parkingu. Zasypiamy w mig. Noc jest diablo zimna.
Widok z góry na Buersdalen
Pobudka o 9, pakujemy się i ruszamy. Przed samym szlakiem tabliczka z informacją, że droga na Trolltungę jest prawdziwie wyczerpująca i należy się do niej przygotować. Co jak co ale jeśli Norwedzy tak piszą to coś w tym musi być. Początek drogi to mordęga. Potężne podejście, prosto do góry, na oko 400-500 metrów zajmuje nam blisko 2 godziny.
Poczuć ten chłód w ciepły, słoneczny dzień - niesamowite!
Nasze wycieńczenie i tempo usprawiedliwiają dwa kloce, które dźwigamy na barkach. W końcu wychodzimy na rozległe plateau, na którym dzielni Norwegowie pobudowali sobie domki weekendowe. To właśnie dla nich i na ich użytek jest ta kolejka, którą bardzo chętnie ułatwiłbym sobie dostanie się w to miejsce. Niestety dla turystów jest nie dostępna. Mijamy to swoiste osiedle i czeka nas kolejne podejście do przełęczy. Stąd rozciąga się piękny widok z jednej strony na przedmurze Hardangerviddy - największego płaskowyżu Europy, z drugiej na lśniącą bielą Folgefonnę. Tu droga jest już łatwiejsza, nie ma drastycznych różnic wysokości. Mijamy sporo ludzi.

Świeci słońce idylla niemal. W końcu czuć tą dziką, surową i nieskrępowaną przestrzeń. Choć to dopiero przedsionek tego wszystkiego. Maszerujemy tak jeszcze ze 4 godziny. Nad Trolltungę docieramy około 18. A więc 7 godzin marszu. Norwedzy w opisie przewidywali na 3-4h dlatego większość ludzi wchodziła i schodziła tego samego dnia. Ale oni nie przypominali dromaderów. W rejonie początków rzeki Tysso natrafiamy na niemal księżycowy krajobraz, masa potężnych gołych kamieni i żadnej roślinności.
Buerglacier
Ale to tylko mały fragment. Kiedy w końcu stanęliśmy nad Językiem Trolla poczuliśmy, że to wszystko naprawdę ma sens, że to znakomita przygoda, i że ten trud włażenia tu i tej kilkudniowej tułaczki jest niczym w porównaniu z tym widokiem i uczuciem spełnienia, totalnej niemal dziecięcej radości oderwanej od jakichkolwiek problemów dnia codziennego. Widok na i z Trolltungi ciężko opisać. Ten kawałek wystającej skały zawieszonej w powietrzu kilkaset metrów nad jeziorem o pięknej błękitnej barwie robi piorunujące wrażenie. Było tam jeszcze trochę osób więc po niedługim czasie rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg.
Ktoś musi mieć łatwiej, żeby ktoś miał trudniej - my mieliśmy trudniej
W pobliżu znajduje się chatka Reinaskorbu, będąca norweskim wynalazkiem dla turystów, którym nie chce się brać namiotu. W środku trochę prowiantu (na zasadzie - każdy kto przychodzi coś zostawia), butla z gazem no i miejsce do spania. Ponieważ jednak już tam się rozgościła grupa autochtonów my tradycyjnie rozbiliśmy namiot, tym razem na miękkim, suchym mchu. Niestety w praniu wychodzi, że jest bardzo nierówno i śpi się fatalnie. Poza nami w namiocie opodal nocuje samotny Norweg z psem a w innym dwójka Norwegów, którzy zrobili miejsce dla kolejnych gości chatki pozbawionych namiotu.
Trolltunga - to jeden z głównych celów naszej wyprawy
Piątek wita nas słońcem. A my je witamy dopiero o 12. To świadczy o naszym wyczerpaniu poprzedniego dnia. Wracamy na Trolltungę. O tej porze jest jeszcze mało osób więc robimy zdjęcia. Asix panikuje, żebym nie podchodził do krawędzi no ale tak się nie da. Oprócz nas jest jeszcze parę osób ale atmosfera jest miła - my robimy zdjęcia jednym inni nam. Droga powrotna zajmuje nam zdecydowanie mniej, jakieś 4,5h. Z Skjeggedal dalej ruszamy pieszo.
Widok na Folgefonnę
Po niecałych 30 minutach zatrzymuje się austriacka rodzinka. Choć prawie nie mają miejsca są skorzy do pomocy. Ich kierunek jazdy wyznaczył też nasz. Założyliśmy, że jak coś nas zabierze to pojedziemy z Tyssedal w tą samą stronę co oni. Czyli albo dalej na północ albo z powrotem. Los chciał, że Austriacy jechali do Oddy. Podwieźli nas pod sam kemping. Nauczeni jednak doświadczeniem i obserwacją obeszliśmy pole namiotowe i udaliśmy się w upatrzone wcześniej miejsce w dolinie rzeki Buer.
Jesteśmy na początku Hardangerviddy - w tle połyskuje Folgefonna
Nie ma to jak podmywanie się w lodowatej wodzie. Nie ma też jak obiad na krystalicznie czystej wodzie z lodowca. Co ciekawe dwa dni wcześniej w środku Oddy na małym skrawku parku, naprzeciwko posterunku policji, ktoś się rozbił z namiotem. Kiedy tu wróciliśmy namiotów było już chyba z pięć. Czyli nikomu to nie przeszkadza. Oczywiście nie należy traktować tego jako regułę.

W sobotę dokonaliśmy strategicznego błędu. Zamiast cieszyć się tym miejscem i kolejnym dniem pięknej pogody, zamiast zostać tu jeszcze ze dwa dni choćby nic nie robiąc, postanowiliśmy rozpocząć odwrót. No może nie do końca. Bo dawaliśmy sobie jeszcze ostatnią szansę przy łapaniu stopa. Los jednak znowu chciał abyśmy się wracali. Szybko zatrzymała się dwójka Niemców w wypożyczonej corolli.
Gdzieś tam nad tymi wodami unosi się język trolla
Jak się okazało jechali aż do Haugesund. Przejechaliśmy z nimi ok 130km niemal w totalnej ciszy. Dziwna atmosfera choć po jakimś czasie przestałem się nią przejmować. Im bliżej Haugesund tym miny bardziej nam rzedły. Coraz więcej zabudowań, coraz więcej pól, coraz mniej dziko. Kiedy wysadzili nas w mieście nie dalej jak po 15 minutach się załamaliśmy. W ciągu zaledwie kilku godzin z pięknego, cichego i spokojnego miejsca przenieśliśmy się w gwarne pełne ludzi miasto. Czuliśmy się fatalnie. Jedna myśl - uciekać jak najdalej.
Trolltunga - słowa są zbędne
Niech za dowód naszej desperacji posłuży cena jaką zapłaciliśmy za bilety autobusowe do Stavanger (bo nie bardzo wiedzieliśmy gdzie uciekać). Niemal 250 pln za 80km odcinek. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć tej głupoty, która rozpoczęła się jeszcze w Oddzie. No ale wyszło jak wyszło. Przyjazd do Stavanger nie bardzo poprawił nasze nastroje. Znaleźliśmy kemping, nieco na uboczu nad jeziorem. Obsada w dużej mierze złożona z Polaków. Cena z kosmosu - 80 pln.

Pogoda w Stavenger już nie taka. Typowo nadmorska. Wieje i popaduje co chwila. W niedziele pospacerowaliśmy trochę po mieście. Po południu pakujemy się i uciekamy. Zabudowania ciągną się jednak niemiłosiernie bo jak się okazuje od Stavanger do Sandes (ponad 20km) trwają nieprzerwanie. Znajdujemy kawałek zarośli na nocleg w nadmorskim parku Vaulen. Na morzu widać platformę wiertniczą, z drugiej strony stadion Viking Stavanger, z którego dochodzą odgłosy kibiców. Niespokojne bytowanie w ciągłej obawie o to, że ktoś nas stąd wygoni, albo o to, że norwescy kibice mogą zachowywać się wracając do domów tak jak polscy. Nic jednak się nie wydarzyło.
Nocleg niedaleko Trolltungi a zarazem z dala od wszystkiego
Kolejny dzień to dalsza tułaczka. Jesteśmy zniechęceni, w zasadzie moglibyśmy już wracać do domu a samolot dopiero za trzy dni. Dojście do Sadnes nie rozwiązało naszych problemów. To już nie było senne i ciche miasteczko jakie znaleźliśmy tydzień wcześniej. Tu podobnie jak w Stavanger było głośno i ruchliwie. Liczyliśmy, że znajdziemy kawałek miejsca w miejskim parku. Jednak już na początku nie wyglądało to zachęcająco więc ruszyliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się na kempingu za miastem - kolejne ponad 50 pln w plecy. Jedyny plus to taki, że w końcu mogliśmy się wykąpać i wyprać trochę rzeczy. Pogoda jakby przychylniejsza.
Jeszcze pożegnalna sesja z języczkiem
We wtorek zdecydowaliśmy przemieścić się w stronę Soli i tam rozbić się na ostatnie dni nad morzem. Kolejne dwa dni spędziliśmy rozbici na plaży Solastrunden. Było zimno, wietrznie, choć nawet słońce czasem świeciło, a co najgorsze - przeraźliwie nudno. Siedzenie cały dzień na plaży, albo w namiocie wyniszcza mnie fizycznie i psychicznie. Naprawdę wolę chodzić!!
W końcu w czwartek się zwijamy i idziemy na lotnisko. Z nudów jesteśmy 5 godzin wcześniej dzięki czemu możemy kontynuować nudzenie się w holu lotniska. Samolot jest punktualny. Żegnaj Norwegio!!
Ostatnie dni spędziliśmy na plaży w Sola

Mimo fatalnej końcówki podróż do Norwegii mnie nie zawiodła. Co więcej wzmogła apetyt na jeszcze, na dalszą eksplorację krainy wikingów, tym razem może lepiej przemyślaną i zdecydowanie pchniętą bardziej na północ. 
To jest plan, który już kiełkuje a jego realizacja jest tylko kwestią czasu. To piękna i surowa kraina, nie każdy będzie się tu dobrze czuł, komuś będzie za zimno, dla kogoś będzie za dużo deszczu a dla innego za mało słońca. Ja tam się czułem znakomicie.

Kilka rzeczy praktycznych. Norwegia jest droga, nawet bardzo. Ceny kempingów i autobusów mogą przyprawić o ból portfela. My w 12 dni wydaliśmy w Norwegii ok 800 pln plus 400 na samolot. Wydaje mi się, że to nie jest dużo. Co więcej gdybyśmy bardziej się postarali moglibyśmy zmniejszyć te wydatki niemal o 600 pln. Bo czasem lenistwo a czasem potrzeba normalnej kąpieli brała górę i wybieraliśmy kemping zamiast szukać dzikiego kawałka ziemi. Do tego ten nieszczęsny kurs autobusem, którego też można uniknąć. Jedzenie wzięliśmy z Polski, na miejscu kupowaliśmy chleb (ok 10 pln) i do niego masło czekoladowe (ok 4pln). Na zakupy polecam sklepy sieci Rema1000 - można tam znaleźć coś w miarę taniego. 
Promy w miejscach gdzie drogi wpadają do fiordów to wydatek w granicach 20-50 pln, zależnie od długości przeprawy. Na kempingach najczęściej trzeba dopłacać za ciepłą wodę. Pod prysznicami są automaty do których wrzuca się 5 pln za 4-5 minut ciepłej wody. Zimna jest za darmo. Całkowicie odpada problem z wodą do picia. Tej jest w Norwegii pod dostatkiem. W miastach można spokojnie pić wodę z kranu. Poza miastem wodę można znaleźć wszędzie. Oczywiście nie mówię o piciu wody prosto z jakiejś przydrożnej rzeki (choć podejrzewam, że i tak nie zaszkodzi) ale woda wszędzie cieknie ze skał, spływa z potoków. Jest jej pełno. Im dalej od rolniczej okolicy Stavanger tym lepiej pod tym względem. Cały czas piliśmy taką wodę i nie mieliśmy absolutnie żadnych problemów. A woda w sklepie droga. Paliwo ok 1-1,5 pln drożej niż u nas. Ponadto dla zmotoryzowanych - duża część dróg i tuneli jest płatna.




2 komentarze:

  1. No to teraz motocyklem do Norwegii... ;-)
    Jedziemy? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super wycieczka. Bardzo ciekawa wydaje się historia/e z trollami kulfonami, jak jest ona uznawana przez Norwegów, jak historia lokalna czy bardziej bajeczka turystyczna :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń